Wyprawa w Tatry, Czerwiec 2007, Dzień Pierwszy

Sprzęt

Plecak: NEXUS 70
Buty: Karrimor KSB 300
Kurtka: Alvika THOR
Spodnie: HiMountain Crestone
Czołówka: Petzl Tikkina

Prolog

Wszystko zaczęło się 6 czerwca, kiedy o 17:00 wybiegłem z pracy. Pobiegłem na pociąg do Krakowa gdzie byłem około 21. Plan pierwotny zakładał, że autobusem do Zakopanego miałem jechać o 22 jednak już na miejscu pewne założenie uległy zmianie. Noc spędziłem u swoich przyjaciół, którzy zaliczają się do Krakowskich studentów. Dnia następnego o 4:30 pobudka aby zdążyć na pierwszy autobus do zakopanego, szybkie śniadanie, herbata do termosu i już jestem w autobusie…

Czas ruszyć w drogę

Nie uważam się za osobę, która dobrze zna zakopane… dało się to zauważyć kiedy przez godzinę szukałem ulicy, która prowadzi na czerwony szlak z Zakopanego na Giewont. Ale wreszcie udało się, choć pierwsze rozczarowanie – nowe skarpety okazały się bardzo niewygodne, trzeba było je zmienić.

Żwawo ruszyłem czerwonym szlakiem w stronę Strążyskiej Polany, było już dość późno (około 9:00) i za moimi plecami kłębiły się spore grupki “niedzielnych turystów”. Był to mój pierwszy wyjazd w góry od kilku miesięcy więc kondycja jeszcze nie była tak dobra jakbym tego chciał. Z każdym krokiem plecak ciążył coraz bardziej… byłem załamany moim stanem. Dużo sił straciłem na tym krótkim odcinku płaskiej trasy, wiedziałem, że aklimatyzacja będzie ciężka, ale aż tak?

Krótki posiłek na Strążyskiej Polanie i ruszyłem pod Siklawicę. Chciałem zobaczyć co straciliśmy w 2005 roku kiedy z moją młodszą siostrą (jej pierwszy wyjazd w Tatry) zdobywaliśmy Giewont. Kiedy osiągnąłem cel szybki SMS: “Justynka, nic nie straciłaś. \Brat”. Siklawica to tłok i niewielki wodospadzik, gdyby nie Ci wszyscy ludzie z aparatami i biegające 5-latki może miałbym lepsze wrażenie.

Kolejny cel: Siodło. Jako, że moje nogi szybko się męczyły obrałem strategię minimalistyczną: małymi kroczkami do przodu. Co kilka minut 30 sekundowe postój i łyk wody. Nie było łatwo ale jakoś poszło. Gdy tylko wyszedłem z lasu poczułem delikatny przypływ “mocy”. Teraz czułem się jak w domu, tylko ja i trasa. Skończyło się myślenie: nogi mnie bolą, ale mój plecak jest ciężki itd. Teraz rozpoczęło sie miłe podziwianie tatrzańskich panoram. Kilkanaście metrów przed siodłem młoda parka przede mną zrezygnowała z drogi dalej (jak sami powiedzieli dla nich za trudna trasa). A ja parłem do przodu.

W międzyczasie Doliną Małej Łąki dwa razy przeleciał helikopter TOPRU z lądowaniem na przeciwległym stoku Małego Giewontu oraz pod samym Giewontem. Nie wiem nawet czy to była ich akcja, czy tylko ćwiczenia. W każdym razie efekt niesamowity! Huczące silniki i wielka moc tuż obok mnie.

Tuż przed atakiem na szczyt dłuższy odpoczynek, herbatka i kawałek czekolady – można powiedzieć “mały doping”. Kiedy dochodzę do łańcuchów zaczyna delikatnie padać deszcz. Kilka osób zatrzymuje się aby poczekać na lepszą pogodę. Dla mnie okazja wejścia bez oglądania się na innych, oczywiście z niej skorzystałem. Na górze jak zwykle tłok. Pamiątkowe zdjęcie i szykuję się do zejścia. W między czasie wkrada się panika, matka z dwojgiem dzieci (około 8 i 12 lat) nie może poradzić sobie z sytuacją. Młodszy syn boi się zejścia i zaczyna histeryzować, krzyczy i płacze. Jedyna reakcja jaka miała miejsce to śmiech innych, że przecież to nic takiego “ten giewont”. Nie prawda, na tej górze giną ludzie, a wyjście na nią dzieci (bez odpowiedniego obuwia i w kiepskie warunki pogodowe jest nieodpowiedzialne). Zaproponowałem pomoc przy zejściu – szedłem pierwszy i stawiałem nogi chłopakowi i jego matce. Zabroniłem im schodzenia plecami do ściany – jeden nieudany ruch i zjazd na tyłku 100 m niżej. Twarzą do stoku szło im się stabilniej ale trudniej – nie wiedzieli gdzie stawiać stopu. Ale wspólnymi siłami sprawnie poradziliśmy sobie z zejściem. Dalej znowu wędrowałem samotnie.

Z Giewontu na Kondracką Przełęcz szedłem spokojnym spacerkiem – znad Kasprowego nadciągała burza… zastanawiałem się czy mnie dosięgnie, chciałem mieć zawsze możliwość szybkiego wycofania się do Schroniska na Kondratowej Hali. Kiedy oczekiwałem rozwoju sytuacji na przełęczy miałem poważny dylemat, czy atakować dalej w stronę Kasprowego czy schodzić do schroniska. Nadciągające chmury szły bokiem ale zawsze istniała możliwość iż nagle zmienią kierunek. Sił miałem już niewiele i wędrówka w stronę Kasprowego a później Murowańca mogła być ryzykowna. Po 40 minutach bez decyzji dopadły mnie pierwsze krople.

Zaczynało się delikatnie, więc nawet nie przebierając się w nieprzemakalne spodnie trekingowe ruszyłem do schroniska na Kondratowej. Po 20 minutach zaczęła sie prawdziwa zawierucha. Grzmoty coraz liczniejsze i głośniejsze, z nieba wielkie krople wody a później grad. Byłem już cały mokry i nie było sensu przebierać się w inny strój podczas takiej ulewy. Po godzinie dotarłem do schroniska, oczywiście wielki tłok, turyści chcieli się zagrzać i zregenerować siły.

W środku nie ma co marzyć nawet o miejscu – ulokowałem się z boku hatki, przebrałem w suche ubrania, kubek ciepłej herbaty, witamina C i tylko czułem jak zmęczenie i sen powoli mnie dopadają (spadek temperatury i woda wyciągnęły ze mnie resztki sił). Decyzja o zejściu do schroniska okazała się jedyną słuszną. Była 16:00 a ja tylko czekałem aby się ułożyć do snu. Kiedy tłok się rozładował ulokowałem się w jadalni z plecakiem (w pokojach nie było już miejsc). W plecaku połowa rzeczy mokrych – ubrania, jedzenie, mapa, pieniądze, nawet śpiwór. Rozpoczęło się suszenie. Gorący posiłek, grzane wino i rozmowy z pozostałymi glebowiczami szybko zniwelowały zmęczenie. Wieczór zakończyłem na grze w Monopoly z dziewczynami z obsługi, chłopakami z Gdańska i Wojtkiem z Bielska-Białej. O 23 byłem już bankrutem. Bez pieniędzy po szybkim prysznicu wpakowałem się do śpiwora. To był dobry dzień, wypełniony walką z samym sobą i swoimi słabościami. Do tego piękne widoki – mimo pochmurnej pogody. Zmęczony i szczęśliwy szybko zasnąłem…