Wypad na 3 dni w Bieszczady

Wczoraj wróciłem z małej wycieczki w Bieszczady, pogoda niestety nie rozpieściła. Wkrótce napiszę szerszą relację ;) (po za tą co jest w poście + dodam nowe zdjęcia).

Dzień pierwszy: Kalnica – Smerek – Przełęcz M. Orłowicza – Wetlina
Dzień drugi: Wetlina – Przełęcz M. Orłowicza – Hnatowe Berdo – Srebrzysta Przełęcz – Schronisko Chatka Puchatka
Dzień trzeci: Schronisko Chatka Puchatka – Końska Droga – Przełęcz Wyżna – Wetlina

Moje plany zostały totalnie zmienione ze względu na pogodę. Dojechałem do Sanoka pociągiem około 9:20 o 10:40 miałem autobus do Wetliny, wysiadłem w Kalnicy i równo o 13 ruszyłem na Smerek. Po dwóch godzinach dotarłem na linię lasu, powoli zmierzchało. Tam widoczność spadła do 20m, mgła, wiatr, brak palów wyznaczających szlak. Szedłem przy pomocy Kompasu i mapy, trochę pobłądziłem i generalnie w około godzinę dotarłem do krzyża. Warunki były tak kiepskie, że zdecydowałem się uciekać – tak szybko jak potrafię ;-) po zmroku widoczność około 5m. Dotarłem do skrzyżowania z żółtym szlakiem i szedłem do Wetliny, w lesie jeszcze zgubiłem się ze 2 razy wink.gif moja czołówka miała za mały zasięg. Później posiłkowałem się latarką. O 18:20 piłem już grzane wino w Bazie ludzi z mgły. Po 5h wędrówki byłem bardziej skonany i wyczerpany niż po 12h łażenia po tatrach w lecie…

Dzień następny miałem dotrzeć tam gdzie dzień wcześniej – Chatka Puchatka. Wyruszyłem około 10. Dochodząc żółtym szlakiem (tym samym co dzień wcześniej) do Połoniny spotkałem pierwszych turystów, czterech chłopaków z okolic Lublina. Do połowy połoniny można powiedzieć, że było przyjemnie. Oczywiście wiało, ale w miarę dobra widoczność 50-100m i gdzieniegdzie widoczne ślady (po 1h nie było za bardzo widać jak szła grupa, którą wcześniej spotkałem). Szedłem po śladach poprzedników (które gdzieś później zniknęły) i strasznie pobłądziłem w okolicach Hnatowego Berda i Roha. Warunki się mocno pogorszyły miejscami widoczność do 1m – szedłem po omacku. Wyglądało na to, że mocno zboczyłem z Połoniny. Szukanie szlaku kosztowało mnie dużo sił. Po 2h chodzenia po Połoninie (znowu kompas, mapa i ogólna orientacja w budowie Połoniny) udało mi się dojść do szlaku (podejścia i zejścia…). Byłem już skrajnie wyczerpany, mało co nie wymiotowałem ze zmęczenia. Starałem się jakoś zregenerować siły, ale o wiele mocniejszy wiatr i brak osłony mocno mi to uniemożliwiały. Moja kurta Alviki dała totalną plamę, całe rękawy i grzbiet miałem przemoknięte. Przy każdym odpoczynku wiatr bardzo mnie osłabiał, do tego bez ruchu szybko marzłem. W pewnym momencie po prostu położyłem się na szlaku i leżałem, licząc na cud… I jakimś cudem około 16 dotarłem do schroniska – wspaniałe uczucie.

Dzień trzeci miał być miłym, szybkim powrotem, okazał się beznadziejny. Zejście z połoniny było ciekawe. Wychodzę ze schroniska i po dwóch krokach zostaję “zdmuchnięty” i rzucony o ziemię przez wiatr o ogromnej sile + zmarznięty śnieg kaleczący twarz. Wycofałem się do krużganku. Schodziłem tyłem – nie miałem żadnej maski ani gogli a twarz nie wytrzymała by jeżdżenia przez mroźny papier ścierny. Pierwszy raz zdarzyło mi się aby trzeba było mocno się napocić schodząc w dół wink.gifwink.gif idąc droga do Wetliny przez godzinę padał deszcz wink.gif a później to już tylko powrót do Warszawy…

Generalnie Bieszczady przywitały mnie słońcem, na obiad dostałem mgłę, wiatr i fatalne warunki a jak wyjeżdżałem to ostanie połacie śniegu roztapiał deszcz. okazało się, że w lesie nie było lepiej. Dopiero pod koniec przestało wiać, za to padał mokry śnieg a nad głową latały mi Jumbo-jety